W środę miałam okazje wraz z całą rodziną przekonać się co oznacza "zarządzanie kryzysowe" w wydaniu miasta Pyskowice. Jak wszyscy wiemy opady w całym regionie zapowiadane były dość obfite i zawieje jeszcze do tego, więc ja naiwna i ufna mieszkanka Pyskowic, przekonana iż nie tylko ja słucham komunikatów pogodowych ośmieliłam się wyjść z domu razem z dziećmi nie zabierając ze sobą zapasów żywności, koców, i innego sprzętu survivalowego.
Oj głupia kobieto myślę sobie, to że wiedziałaś, iz będą intensywne opady śniegu powinno cię postawić w stan gotowości bojowej, nie powinnaś naiwna niewiasto oczekiwać natomiast, iż w stanie gotowości będą również służby miejskie. Zima jest nieprzewidywalna i fakt, iż w lutym są zawieje i zamiecie może zaskoczyć każdego. Czemuż się zatem dziwisz, że do domu dotrzeć nie potrafisz bo ci śnieg drogę na pół metra zasypał? Takie oto przemyślenia pokutne mnie naszły i pełna skruchy za swe niewłaściwe zachowanie opowiem jak było. A było tak:
Koło godziny 18.00 15 lutego wracając samochodem do domu utknęliśmy w śniegu na drodze prowadzącej do naszej posesji. Hmmm co robić zastanowiła się rodzina - nie ruszymy.
To ty kochanie weź dzieci i idź do rodziców a ja spróbuję odkopać samochód - powiedział po namyśle mąż. Jak postanowili tak uczynili. Z dwójką małych dzieci pognała kobieta schronić się w pobliskim domu teściowej. Mąż tymczasem dzielnie podjął trud uwolnienia auta ze śnieżnej pułapki. Tymczasem zaradna jak się jej wydawało żona postanowiła zadzwonić pod jakikolwiek numer aby ściągnąć pług w celu udrożnienia dojazdu do domu. Ponieważ mało przezornie nie zabrałam ze sobą numerów alarmowych pod które w razie trudnej sytuacji zadzwonić by można, zadzwoniłam do straży miejskiej. Przypadkiem okazało się iż właśnie numer straży miejskiej był jednocześnie numerem „Centrum Zarządzania Kryzysowego”
Tam miły Pan Strażnik wysłuchał mych problemów i powiedział ze zaraz przekaże informację dalej. Podziękowałam zatem wdzięczna i czekałam, kiedyż ten pług wesprze mego męża w trudnej walce z naturą.
Po pół godzinie do męża dołączył sąsiad z domu obok, który podobnie jak my w swej naiwności oczekiwał ze ulica, którą dojeżdża do domu co dzień będzie odśnieżona. Teraz juz dwóch dziarskich mężczyzn walczyło ze śniegiem. Na pomoc wezwany został również brat męża - nie ułomek i we trzech chłopa dali wreszcie radę wypchnąć auto ze śniegu na przejezdną ulicę.
Tymczasem ja po raz kolejny zadzwoniłam do straży miejskiej z pytaniem czy udało się skontaktować z kimś kto ma dzisiaj władzę, czyli zarządza pługami.
W odpowiedzi miły Pan Strażnik poinformował mnie że on nic nie może, on tylko przekazuje informację dalej. Więc zaciekawiona dalszymi losami informacji o naszych kłopotach zaczęłam drążyć i zapytałam miłego Pana Strażnika komuż oto ową informację przekazał. W odpowiedzi usłyszałam, że do „mpgk” ale tam jest teraz tylko taki Pan Struż i on przyjmuje te zgłoszenia i coś tam dalej z tym robi. Struż - pomyślałam z niepokojem, hmm i poprosiłam o numer do owego Pana Struża. Kiedy zadzwoniłam, odezwał się rzeczony Pan Struż uprzejmym "słucham". Wyłuszczyłam zatem mój problem po raz kolejny i zapytałam kiedy mogę liczyć na to, iz jakiś pług udrożni mi drogę do domu bo półroczne dziecko jest juz głodne i zaczyna płakać a karmienie go schabowym raczej w grę nie wchodzi. Pan Struż słysząc mój zdenerwowany juz nieco głos, zaczął wyjaśniać, ze on to też niewiele moze, bo te informacje co ludzie mu tu przekazują dzwoniąc to on przekazuje do zakładu pogrzebowego ale teraz to juz tam nikogo nie ma. Zakładu pogrzebowego - oj coś niedobrze pomyślałam sytuacja nie wygląda wesoło ale żeby od razu do zakładu pogrzebowego i postanowiłam dopytać o co chodzi z tym zakładem pogrzebowym. No wie pani usłyszałam w odpowiedzi – bo tam siedzi taki Pan co ma kontakt z tymi kierowcami ale teraz to już chyba też poszedł do domu. Oj jeszcze gorzej – znów naszła mnie myśl czy to oznacza że dzisiaj niedojdę do domu?
Poziom mojego zdenerwowania wzrósł, co przełożyło się na rozmowę z Panem Strużem i zaowocowało obietnicą, iż Pan zadzwonić może jeszcze do Pana Prezesa.
Hmmm Prezesa mówi Pan to niech Pan da numer do szanownego Pana Prezesa to ja sobie sama do niego zadzwonię. O nie nie – odpowiedział Pan Struż ja sam postaram się coś zrobić – ok. odpowiedziałam zgodliwie, w głowie układając już plan do kogo należałoby w dalszej kolejności zadzwonić począwszy od burmistrza miasta Pyskowice a skończywszy na wojewodzie aby wreszcie pług raczył przejechać przez 300 metrów ulicy, która prowadzi do mojego domu. Knując plan, ku memu zdumieniu, po jakiś 15 minutach od rozmowy z Panem Strużem przyjechał pług i nagle droga ku wymarzonemu domowi stanęła otworem, no prawie otworem. Gdyż pług zepchnął cały śnieg z drogi pod moją posesję co utworzyło 1,5 metrowy zwał śniegu przed wjazdem. Ale cóż tam myślę sobie, szacowny małżonek zdążył już złapać oddech po odkopywaniu naszego pojazdu ze śniegu więc raz jeszcze złapie za łopatę i jakoś będzie.
I tak myślę sobie dzisiaj, że narzekać to właściwie nie można na zarządzanie kryzysowe, bo przecież komunikacja była, przepływ informacji też, a że z Panem Strużem i zakładem pogrzebowym to co z tego - ważne ze skutecznie. Jeśli o mnie chodzi mogłabym nawet dzwonić do Księdza Biskupa gdyby miało to pomóc – a nie trzeba było – czyż to nie sukces?
PS. Kimkolwiek był wspomniany "Pan Struż" bardzo dziękuję mu za umożliwienie mi powrotu do domu :-) Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Wydawca portalu nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
W środę miałam okazje wraz z całą rodziną przekonać się co oznacza "zarządzanie kryzysowe" w wydaniu miasta Pyskowice. Jak wszyscy wiemy opady w całym regionie zapowiadane były dość obfite i zawieje jeszcze do tego, więc ja naiwna i ufna mieszkanka Pyskowic, przekonana iż nie tylko ja słucham komunikatów pogodowych ośmieliłam się wyjść z domu razem z dziećmi nie zabierając ze sobą zapasów żywności, koców, i innego sprzętu survivalowego.
Oj głupia kobieto myślę sobie, to że wiedziałaś, iz będą intensywne opady śniegu powinno cię postawić w stan gotowości bojowej, nie powinnaś naiwna niewiasto oczekiwać natomiast, iż w stanie gotowości będą również służby miejskie. Zima jest nieprzewidywalna i fakt, iż w lutym są zawieje i zamiecie może zaskoczyć każdego. Czemuż się zatem dziwisz, że do domu dotrzeć nie potrafisz bo ci śnieg drogę na pół metra zasypał? Takie oto przemyślenia pokutne mnie naszły i pełna skruchy za swe niewłaściwe zachowanie opowiem jak było. A było tak:
Koło godziny 18.00 15 lutego wracając samochodem do domu utknęliśmy w śniegu na drodze prowadzącej do naszej posesji. Hmmm co robić zastanowiła się rodzina - nie ruszymy.
To ty kochanie weź dzieci i idź do rodziców a ja spróbuję odkopać samochód - powiedział po namyśle mąż. Jak postanowili tak uczynili. Z dwójką małych dzieci pognała kobieta schronić się w pobliskim domu teściowej. Mąż tymczasem dzielnie podjął trud uwolnienia auta ze śnieżnej pułapki. Tymczasem zaradna jak się jej wydawało żona postanowiła zadzwonić pod jakikolwiek numer aby ściągnąć pług w celu udrożnienia dojazdu do domu. Ponieważ mało przezornie nie zabrałam ze sobą numerów alarmowych pod które w razie trudnej sytuacji zadzwonić by można, zadzwoniłam do straży miejskiej. Przypadkiem okazało się iż właśnie numer straży miejskiej był jednocześnie numerem „Centrum Zarządzania Kryzysowego”
Tam miły Pan Strażnik wysłuchał mych problemów i powiedział ze zaraz przekaże informację dalej. Podziękowałam zatem wdzięczna i czekałam, kiedyż ten pług wesprze mego męża w trudnej walce z naturą.
Po pół godzinie do męża dołączył sąsiad z domu obok, który podobnie jak my w swej naiwności oczekiwał ze ulica, którą dojeżdża do domu co dzień będzie odśnieżona. Teraz juz dwóch dziarskich mężczyzn walczyło ze śniegiem. Na pomoc wezwany został również brat męża - nie ułomek i we trzech chłopa dali wreszcie radę wypchnąć auto ze śniegu na przejezdną ulicę.
Tymczasem ja po raz kolejny zadzwoniłam do straży miejskiej z pytaniem czy udało się skontaktować z kimś kto ma dzisiaj władzę, czyli zarządza pługami.
W odpowiedzi miły Pan Strażnik poinformował mnie że on nic nie może, on tylko przekazuje informację dalej. Więc zaciekawiona dalszymi losami informacji o naszych kłopotach zaczęłam drążyć i zapytałam miłego Pana Strażnika komuż oto ową informację przekazał. W odpowiedzi usłyszałam, że do „mpgk” ale tam jest teraz tylko taki Pan Struż i on przyjmuje te zgłoszenia i coś tam dalej z tym robi. Struż - pomyślałam z niepokojem, hmm i poprosiłam o numer do owego Pana Struża. Kiedy zadzwoniłam, odezwał się rzeczony Pan Struż uprzejmym "słucham". Wyłuszczyłam zatem mój problem po raz kolejny i zapytałam kiedy mogę liczyć na to, iz jakiś pług udrożni mi drogę do domu bo półroczne dziecko jest juz głodne i zaczyna płakać a karmienie go schabowym raczej w grę nie wchodzi. Pan Struż słysząc mój zdenerwowany juz nieco głos, zaczął wyjaśniać, ze on to też niewiele moze, bo te informacje co ludzie mu tu przekazują dzwoniąc to on przekazuje do zakładu pogrzebowego ale teraz to juz tam nikogo nie ma. Zakładu pogrzebowego - oj coś niedobrze pomyślałam sytuacja nie wygląda wesoło ale żeby od razu do zakładu pogrzebowego i postanowiłam dopytać o co chodzi z tym zakładem pogrzebowym. No wie pani usłyszałam w odpowiedzi – bo tam siedzi taki Pan co ma kontakt z tymi kierowcami ale teraz to już chyba też poszedł do domu. Oj jeszcze gorzej – znów naszła mnie myśl czy to oznacza że dzisiaj niedojdę do domu?
Poziom mojego zdenerwowania wzrósł, co przełożyło się na rozmowę z Panem Strużem i zaowocowało obietnicą, iż Pan zadzwonić może jeszcze do Pana Prezesa.
Hmmm Prezesa mówi Pan to niech Pan da numer do szanownego Pana Prezesa to ja sobie sama do niego zadzwonię. O nie nie – odpowiedział Pan Struż ja sam postaram się coś zrobić – ok. odpowiedziałam zgodliwie, w głowie układając już plan do kogo należałoby w dalszej kolejności zadzwonić począwszy od burmistrza miasta Pyskowice a skończywszy na wojewodzie aby wreszcie pług raczył przejechać przez 300 metrów ulicy, która prowadzi do mojego domu. Knując plan, ku memu zdumieniu, po jakiś 15 minutach od rozmowy z Panem Strużem przyjechał pług i nagle droga ku wymarzonemu domowi stanęła otworem, no prawie otworem. Gdyż pług zepchnął cały śnieg z drogi pod moją posesję co utworzyło 1,5 metrowy zwał śniegu przed wjazdem. Ale cóż tam myślę sobie, szacowny małżonek zdążył już złapać oddech po odkopywaniu naszego pojazdu ze śniegu więc raz jeszcze złapie za łopatę i jakoś będzie.
I tak myślę sobie dzisiaj, że narzekać to właściwie nie można na zarządzanie kryzysowe, bo przecież komunikacja była, przepływ informacji też, a że z Panem Strużem i zakładem pogrzebowym to co z tego - ważne ze skutecznie. Jeśli o mnie chodzi mogłabym nawet dzwonić do Księdza Biskupa gdyby miało to pomóc – a nie trzeba było – czyż to nie sukces?
PS. Kimkolwiek był wspomniany "Pan Struż" bardzo dziękuję mu za umożliwienie mi powrotu do domu :-) Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Wydawca portalu nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.